[ Pobierz całość w formacie PDF ]

 Kurczę, Kamil, z ciebie kawał skurwysyna jest.
 A ty co tak tekstami Lindy lecisz? Miałeś, cholera, dobrego wprowadzającego we
współczesną Polskę!
 Tak, była świetna. Ale selektywna.
No i dobrze mi tak. Nie trzeba było drążyć tematu. Ruszyliśmy. I od razu się zatrzymaliśmy.
Jerzy uruchomił GPS-a, chwilę wpatrywał się w ekran.
 Wyczuwasz Gruzina?  odezwałem się, żeby tylko coś powiedzieć.
 Tak. Mocno i wyraznie. Skurwysyn stracił wodza, wyje do niego, bezgłośnie, ale ja go
słyszę znakomicie. Jak hejnał z wieży Mariackiej.
 Kraków?
 Nie, kompletnie nie  zaprzeczył jakby zdziwiony Jerzy.  Z tego, co mamrocze, wygląda,
że zdobył samochód i jedzie w stronę przeciwną do Krakowa.  Milczał przez moment. 
Możemy gonić go, dopaść możliwie szybko i zlikwidować.
 To dobry plan  zaopiniowałem.
 Albo dogonić i poczekać. Niech pokaże może jakieś swoje kontakty. Jeszcze kilka
guimonów? Czemu nie?
 To też plan dobry  pochwaliłem go.
 A twój?
 Ja bym go przesłuchał.
Pokręcił głową i ze złością uderzył nasadą dłoni w kierownicę.
 Nie dają się utrzymać w więzach, szaleją, zaczynają wyć, pienią się, tracą resztki zmysłów
i pomyślunku... Aż zaczynają wzbudzać współczucie, szlag by!
 I żadna farmakologia? Hipnoza?
 No, teraz to palnąłeś jak łysy o beton!
 Jerzy, tak się nie mówi, to tekst sprzed przejścia do innej formacji ideowo-ekonomicznej!
 Dobra, i tak palnąłeś. To nie są ludzie! Jak mamy ich uśpić, skoro nie wiemy, jak są
zbudowani. Widziałeś ich rozpad? Czy tak się rozpada coś na tej ziemi? Tylko filmowe potwory,
prawda? Nie udało nam się nawet pobrać próbki tych glutów, z których są zbudowane, a sam pył,
nieco trwalszy, to najczęściej spalona albo sparzona trawa-murawa, to, co było na ziemi pod
guimonem. Wiemy to, co wiemy: zabija je alstern i parzy srebro. Idealnie byłoby schwytać
jednego i po kolei dzgać go platyną, miedzią, niklem, szczypiorem czosnku i tak dalej, i może
udałoby się zbudować katalog substancji czynnych, ale  choć próby były czynione  nie ma
wiarogodnych, rzetelnych, sprawdzonych i pewnych danych.  Wypowiedziawszy tę przydługą
kwestię, umilkł, ale po chwili kontynuował:  Pewnie powiesz, że nasze działania były
pośpieszne, chaotyczne, krótkofalowe... Tak, zgoda. Musisz zrozumieć, że nawet nie za bardzo o
tym ze sobą rozmawiamy: tłuczemy je i tyle. Dopiero tu, z tobą, trochę się... No, zastanawiałem
nad tym. I doszedłem do wniosku, że masz rację, że trzeba dokonać jakościowych zmian, bo, jak
widzę, one ewoluują, a my nie.
 Właśnie to chciałem ci uświadomić.
 I uświadomiłeś, i dzięki.  Przyspieszył na szosie, ale nie za bardzo; zaczęło lać, droga była
wąska, asfalt nierówny, łatany na kilka sposobów, nawet plamami betonu, które zapadły się i
stały kałużami o niewiadomej głębokości i podejrzanej przyczepności.  Załatwimy to  wskazał
brodą drogę przed nami  i naprawdę zasiądziemy do budowy siatki. Przecież, brachu, Rosja pod
nosem!
 Z Rosją mamy kiepskie stosunki  mruknąłem.  Nasi przywódcy nagle zrobili się bardzo
odważni i za szczyt honoru uważają skubanie wschodniego sąsiada i krycie się za unijnymi
gaciami. A tamci może i nie są już lwem, ale też i nie trupem.
 Ale mamy... macie zaraz wybory?  zapytał.  Nie zmieni się ekipa? Bo z twoich słów i
innych obserwacji wynika, że macie na pieńku z Niemcami, Rosjanami, Czechami, Słowakami i
połową Ukraińców, a i z Litwą nie różowo.
 Exactly!
 Dobra, i tak nie wysyłamy na razie oddziału na wschód. Pomartwimy się tym pózniej.
Zresztą mam większy kłopot.  Zabrzmiało to jakoś... figlarnie?  Nie wiem, jak nazwać takich
gwardzistów jak ty. Przecież nie Wieki!
 Sam jesteś Wicek!  powiedziałem z urazą.  Niech będzie Cthulhużerca!
 Dobre! Niech bę...
 Przestań!  wrzasnąłem.  Jedz! Goń go, skoncentruj się na szosie.
Apel był jakby na czasie, bo przed nami pojawiły się lodowate niebieskie błyski  albo
blokada, albo podążające do Wadowic posiłki. Po chwili już wiedzieliśmy, że posiłki. Cztery
radiowozy przemknęły obok nas i pognały zaprowadzać porządek w miasteczku. Nie wiedząc, że
nieporządki właśnie je opuszczały.
ROZDZIAA 17
Do Wrocławia dojechaliśmy o świcie. Nie śpieszyliśmy się. Dwa razy kawa po drodze, cztery
puszki patentowanego reklamowanego pobudzacza.
Podniecenie po likwidacji Fn thala opadało, z wolna, ale opadało, jechało się jednak dobrze,
nawet tak zwaną autostradą na odcinkach między Krakowem i Katowicami, gdzie mimo robót i
obowiązku zwolnienia, były pobierane opłaty. Jerzy kręcił głową jeszcze godzinę po uiszczeniu
drugich sześciu złotych i pięćdziesięciu groszy.
Potem było już gładko.
Znam niezle Wrocław, tu zaczynałem studia, tu je przerwałem, ale prawie dwa lata to dość,
żeby poznać miasto i bazę hotelową, nawet jeśli nie sypiałem w hotelach, tylko akademikach i
stancjach. Zatrzymaliśmy się, na wyrazne żądanie Jerzego, w pierwszym z brzegu obiekcie
jeszcze z epoki gierkowych dolarów, ale podrasowanym, spełniającym podstawowe
ogólnoludzkie wymogi. Zapytałem Jerzego, dlaczego nie kontynuujemy pościgu. Odpowiedział,
że jest zmęczony, że guimon gdzieś zapadł w trans wypoczynkowy, znalezienie go teraz tylko nas
zmęczy, a nic nie da. A może jutro odkryjemy jego powiązania wrocławskie?
Okej. Trans relaksacyjny przyda się i nam. Wzięliśmy dwa oddzielne pokoje, nie zmawiając
się i nie rozmawiając na ten temat, po prostu dwa oddzielne. Wyjąłem z lodówki butelkę toniku,
upiłem i dolałem ginu. Z butelką w ręku wyszedłem na balkon. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • imuzyka.prv.pl